Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Od małego moim ulubionym bohaterem był Donald, oczywiście disnejowski, gdyż ten tuski nie odgrywał wówczas żadnej roli.  W potężnej bibliotece ojca koleżanki stało wielkie tomisko pt. „Cichy Don”. Byłem wtedy święcie przekonany, że tak jak Kaczor Donald jest najfajniejszym bohaterem filmowym, tak owa książka ze względu na swoje gabaryty musi być najcenniejsza w całym zbiorze. Pewność moja w tej kwestii została ugruntowana kiedy ktoś stwierdził, iż Don to taka potężna rzeka w Sowietach, w której żyją jesiotry. Przyszedł mi wówczas do głowy pomysł filmu z Donaldem prowadzącym na Donie działalność gospodarczą i przeżywającym różne perypetie z jesiotrami, kiedy sobie właściwymi przemyślnymi sposobami wykradał im ikrę czyli kawior. Miał to być dla Donalda, przecież Amerykanina z krwi i kości, najbardziej owocny okres w życiu. Dużo lepszy niż w Ameryce podbieranie miodu pszczołom, czy orzechów na masło wiewiórkom. Skojarzony (Don)ald i Don (‚Donku moj ty miłyj’ śpiewała na ludowo pewna młoda i piękna Rosjanka) wnieśli zatem do mojego twórczego funkcjonowania konkretną wartość w postaci opracowania pierwszego, a zarazem jak się okazało jedynego scenariusza filmowego. Dodatkowo druga część imienia kaczora, a więc ‚ald’ czytana wspak dawała ‚dla’. W ten sposób narodził się i tytuł tego filmu czyli „Don dla Donalda”. W tamtym czasie ów tytuł  był niezwykle kontrowersyjny co mi systematycznie usiłowano wytłumaczyć. Może dlatego do pomysłu traciłem stopniowo zapał i w konsekwencji moje nim zainteresowanie zupełnie wygasło. Tak więc filmu nie nakręciłem ani scenariusza Waltowi Disneyowi nie sprzedałem. Życie biegło swoim torem, aż nastała wolność. Jedną z grona osób, które ją wywalczyło był Donald Franciszek. Pewnego wieczoru ujrzałem w telewizji jego samego. Od razu nieświadomość zrobiła swoje przekierowując umysł na myślenie kojarzące przeszłość z teraźniejszością, co wywołało moje niezmierne zainteresowanie tą właśnie osobą. A wieczór był wyjątkowy i zapadł w świadomość społeczną jako „Nocna zmiana”. Dodatkowo głos naszego bohatera ze względu na szczególnie wymawianą literę ‚r’, również się mile kojarzył, tym razem ze znakomitym radiowym programem muzycznym pt. „Rewia piosenek” Lucjana Kydryńskiego. Wszystko to, już wtedy wydawało się tworzyć wokół przyszłego premiera aurę tajemniczości, kompetencji oraz zapowiadało coś niezwykłego i intrygującego. Nic zatem dziwnego, że już wówczas gromadziły się przy nim znakomitości polskiej polityki choćby w osobie niezastąpionego prezydenta Lecha Wałęsy, czy fenomenalnego znawcy savoir vivre’u przyszłego profesora i wicemarszałka Sejmu Stefana Konstantego Myszkiewicz-Niesiołowskiego*, żeby wymienić tylko tych wielkich biorących udział w owej sławnej nocnej naradzie. To dzięki ich zaangażowaniu oraz (t)wórczemu (w)sparciu,  innych jeszcze „zacnych” osób, powstała możliwość  „kulturalnego” doprowadzenia do tak wiekopomnego osiągnięcia, jakim było wylanie z urzędu będącego wówczas Prezesem Rady Ministrów mecenasa Jana Olszewskiego. Zdemaskowanie mecenasa nie było emocjonalnie łatwe, gdyż wcześniej i to gratis,  co raczej rzadkie w tym środowisku, bronił on po światłych sądach PRL  m.in. tych, którzy  następnie zgotowali mu ten los. Tak więc już na początku swojej rokującej wielkie nadzieje kariery politycznej**, Donald Franciszek wykazał się przenikliwością męża stanu, czego dowodem m.in. było nawiązanie najbliższej współpracy z najważniejszymi osobami owego „(t)wórczego (w)sparcia”***.

W tym samym czasie spacerując po korytarzach Sejmu w trakcie ‚Nocnej zmiany’, początkujący redaktor TVP Tomasz niejaki Lis dopieszczał materiały, które zobrazowały w jedynie właściwy sposób, jak światłą była decyzja o wylaniu z roboty mecenasa. Doprowadziło to owego redaktora do objęcia posady korespondenta TVP w USA i wyjazdu tam na kilka ładnych lat wraz z żoną, z którą w jakiś czas po powrocie do kraju, będąc człowiekiem nowoczesnym, przeprowadził promujący go w postępowych mediach rozwód. Przenikliwość i perfekcja Donalda Franciszka i Tomasza połączyła ich losy  jeszcze w inny szczególny bo diamatyczny, a więc postępowy sposób. Premier bowiem nie tylko nie rozwiódł się ze swoją żoną, ale po wielu latach cywilnego związku doprowadził do kolejnego, tym razem usankcjonowanego przez kościół. Genialność tego posunięcia zapiera ‚wprost’ (na „Wprost” właśnie red. Lis intensywnie się wyżywa) dech w piersiach. Wystarczy bowiem pomyśleć kto by udzielał ślubu prawie 30 lat temu, a kto to zrobił onegdaj. Może Tomasz po dotarciu na wyżyny polityczne zastosuje ten sam manewr z nową żoną. Kto wie? Tym niemniej, po dziś dzień wdzięczny ci on jest za wsparcie ideowe jakiego udzielił mu Donald Franciszek i tyrając po nocach przygotowuje osławiony program w TVP oraz liczne artykuły prasowe m.in. dla „Gazety Wyborczej”**** sławiące premiera i PO ku „satysfakcji światłej” części narodu. Dzięki działalności redaktora polegającej również na stymulowaniu do wysiłku innych znakomitości świata przetwarzania danych, owa światłość w sondażach systematycznie rosła i sięgała już nawet 60%. Jak trzeba będzie to bez względu na afery PO obejmujących wiele sfer życia publicznego i tak wzrośnie do 65, 70, 85, 99%,  a nawet i więcej, jak było w skeczu o bombkach Zenona Laskowika i Bohdana Smolenia. W ogóle to do Donalda Franciszka lgną wi(e)lcy. Oto minister Michał Jan Boni na przykład, który za ministra Antoniego Macierewicza zaprzeczał, że był TW, przed wejściem do rządu (będąc dawno temu w rządzie obsobaczał byłego ministra Jacka Kuronia mimo, że ten wcześniej go bronił) przyznał, że jednak  TW był, choć cierpiał z tego powodu niewymownie. Obecnie Michał Jan zajmuje się koncepcją „obrobienia” przyszłych emerytów z ułamkowej części a dziedziczących po nich osób z połowy  wypracowanych przed przejściem na emeryturę środków. Dalej minister Paweł Bolesław Graś  ‚fenomen’, który po zebraniu pewnego gremium w Sejmie, zwołanego by w z góry założony sposób negatywnie ocenić działalność rządu premiera Jarosława Kaczyńskiego oświadczył, że zeznania byłego ministra Janusza Kaczmarka specjalisty od przemykania po korytarzach prowadzących do apartamentów hotelu Marriott, są tego rodzaju, że rząd ten owładnęły w zupełności metody obcych tajnych policji – Stasi i Securitate. Dodajmy, że były minister zeznał wówczas łżąc, iż znajdował się na innym piętrze,  w miejscu konsumpcji drinków. Paweł Bolesław do dzisiaj nie wytłumaczył się z wypowiedzianych słów zapewne dlatego, iż miał mało wolnego czasu ze względu na swoje swoiste hobby. Polegało ono na bezgotówkowej formie wcielania się w postać gospodarza domu, czym się parał jak zdarzyło mu się wpaść do niego po kogoś, kogo także bezgotówkowo zabierał w podróże służbowe. Z kolei inni apologeci Donalda Franciszka i kumple byłej znakomitości piłkarskiej klubu Śląsk z Wrocławia Ryszarda Kazimierza Sobiesiaka: Miro (min. Mirosław Michał Drzewiecki),  Zbychu (przew. Zbigniew Chlebowski), a także Grzechu (marsz. Grzegorz Michał Schetyna), kolejna znamienita osoba – były działacz sportowy z Wrocławia. Opylił on z odpowiednim przebiciem papiery własności Śląska Wrocław, który nabył wcześniej niesłychanie uczciwie we współpracy z owym byłym piłkarzem. Zwolennik „przejrzystości” w działalności Sejmu i specjalista od utajniania własnych billingów. I jeszcze inny (Sławomir Ryszard Nowak) fachowiec, tym razem od bezpartyjności i głosiciel rzekomej upadłości Urzędu Prezydenckiego za kadencji śp. Lecha Kaczyńskiego, który i którego Sławomir Ryszard obsobaczał jak tylko mógł, a teraz chyba po jakimś cudzie – urzędu w państwie, jak zauważył, najważniejszego i wspaniałego – w którym jest ministrem, od czasu nastania skantowanego hrabiego „Jezus” Maria poety Bronisława herbu ‚Korczak’ względnie ‚Dołęga’. Mimo, że jest ministrem z założenia bezpartyjnego urzędu były poseł Nowak pozostaje jednocześnie, jak należy sądzić również bezpartyjnym szefem PO w jednym z kluczowych regionów, którego mieszkańcem jest także  ‚Słońce Peru’, u siebie na Kaszubach niedocenione, bo gdy tam kandydowało, to wybory z kretesem przegrywało. Musiało zatem swoją przyszłość polityczną zawierzyć stolicy gdzie działa najsprawniejsza w obrabianiu klientów bufetowa w kraju. Wszystkie znakomitości  ‚Przetwórni  Obywatelów’ zawdzięczają swoje osiągnięcia i sukcesy ‚Słońcu’ tej jednej i jedynej w układzie planet gwieździe. Tak więc na dziesięciolecie partii, obok okazjonalnego hasła „10 lat PO – 10 lat ciężkiej pracy”*****, w dowód czci i wdzięczności, planują oni wywieszenie w całym kra, kra, (kra)ju stałego bilbordu z następującą licencjonowaną sentencją – W  HISTORII  ŚWIATA  NIGDY  JESZCZE  JEDNEMU, TAK  WIELE,  NIE  ZAWDZIĘCZAŁO  TAK  WIELU.  Jak to było w moim dzieciństwie z tym Donaldem i Donem? Aha – Donald dla Donu, czy jakoś tak. Chyba to przez „PiS” wszystko mi się pokręciło, choć do rzeczywistości jakoś dziwnie pasuje.

———-

* Profesor twierdzi, że w nocnej zmianie uczestniczył przypadkiem, gdyż został zaproszony przez pomyłkę. Widocznie jako znawca savoir vivre’u nie chciał przeszkadzać wychodząc, więc cichutko przysiadł za stołem i już się nie ruszał. Wyszynk nie działał więc pewnie zasnął. Jak się obudził to nikogo już nie było. Tłumaczy to pewną rozbieżność powstałą  w relacjach z tego epokowego wydarzenia.

** Znane i wpływowe Panie, już wtedy twierdziły, że Donald Franciszek to tej klasy gość, który na pewno zrobi dużą polityczną karierę. Miały jak się okazuje rację. Panowie słuchajcie jednak Pań, może wtedy pewnym zdarzeniom uda się zawczasu zapobiec.

*** To między innymi te znakomitości, które  po upływie pewnego czasu założyły niezwykle „pożyteczne” stowarzyszenie o nazwie SOWA.

**** (G)ów..  (W)arta nie jest powiedział mający w kieszeni „Gazetę Wyborczą” znajomy gość i przykucnął w krzakach.

***** Donald Tusk dodał do tego sentencję „to rosnąca siła wielkiego obywatelskiego pomysłu”. Jak zwykle trudno pojąć całą głębię myśli premiera.  To nie ludzie są ekonomicznie silniejsi tylko pomysł? Aha teraz rozumiem, to tak jak było z marksizmem-leninizmem. Idea niezwyciężona a obywatel w biedzie. Tymczasem w głosowaniu zawsze 99,9% osób za ideą czyli pomysłem. Tak więc wracamy do źródeł, pomysł rośnie w siłę i PO spada, ale wygrywa ona wybory. Atoli nieboszczyk  Mieczysław Franciszek kazał sztandar cholera wyprowadzić. Jaka szkoda, że nie poznał wcześniej Donalda Franciszka. Wszystko mogło być inaczej.

Reklamy