Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Obecny premier III Rzeczpospolitej Polskiej wzrastał wśród Kaszubów, Kociewiaków, Polaków, Niemców, którzy później wyemigrowali do RFN i byłych obywateli Wolnego Miasta Gdańska, którzy mimo miłości okazanej im przez władzę ludową również wyemigrowali do tego kraju. Wcześniej wielu z tych grup ludności udało się na darmową wycieczkę myśliwską na białe niedźwiedzie, którą zafundowały im wspaniałomyślnie Sowiety. Sporo lat później „Jezus” Maria poeta Bronisław, towarzysz w robocie państwowej Donalda Franciszka i wielki miłośnik polowań, z wypiekami na twarzy słuchał opowiadań o tych atrakcyjnych czasach. Przy winie i cygarach premier odtwarzał opowieści z owych polowań tych nielicznych, którzy jednak wrócili, gdyż pozostali skorzystali ze szczodrobliwości gospodarzy i zostali na miejscu.  Opowiadał ponadto o swoim  dziadku siłą wcielonym do Wehrmachtu i o innym dziadku, który też siłą został skierowany na budowę Wilczego Szańca* gdzie odniósł poważną kontuzję. Tak się złożyło (w życiu Donalda Franciszka składanie się i używanie siły jest normą), że wspomniana kontuzja zbiegła się w czasie ze znanym zamachem wielkiego patrioty niemieckiego pułkownika Klausa Phillippa Marii Schenk Graf von Stauffenberga** na wybranego w powszechnych i demokratycznych wyborach, Kanclerza Niemiec, kaprala i Führera zarazem Adolfa Hitlera. Kontuzjowany po zamachu wódz odwiedził szpital, w którym przebywał dziadek premiera. Dziadek zupełnie nieoczekiwanie został przez kanclerza poklepany po twarzy, co było tak wielką zniewagą, że nie odezwał się on do głowy państwa niemieckiego ani jednym słowem. Oznaczało to wielki nietakt, gdyż trzeba było powiedzieć: Ich danke meinem Führer. I poniósł by zapewne  dziadek straszliwe konsekwencje swego czynu gdyby nie to, że wojna przybrała taki obrót, iż wódz III Rzeszy musiał z Prus zmykać w podskokach. Dramatyczne konsekwencje swojego wyboru poniosła natomiast babcia premiera, wielka miłośniczka podróży i fanka imienia Donald. Otóż chcąc z fasonem uchylić się od podejmowania w domu obiadami niezwykle kulturalnych i o światowych manierach żołnierzy Armii Czerwonej, zaokrętowała się na statek MS Wilhelm Gustloff. Była to jednostka flagowa ‚Nazi’ organizacji „Kraft durch Freude”. Tymczasem nieugoszczeni, a zatem głodni turyści z Kraju Rad zaczęli radzić sobie z Gdańskiem – „Siłą przez Radość” – doszczętnie go niszcząc, nie pamiętając przy tym o tym, że to miasto ich wiernych i pierwszych w wojnie o panowanie nad światem sojuszników (1939-1941 Niemców) i kolejnych (1941-1945 Polaków, na których wcześniej wespół-zespół ze swymi pierwotnymi sojusznikami napadli). Następnie zabrali się za wszystko co pływało. Tak więc wbrew prawu międzynarodowemu najpierw ostrzelali z samolotów, a następnie zatopili Gustloffa torpedami wypuszczonymi z pokładu łodzi podwodnej S-13 dowodzonej przez kapitana II rangi niejakiego Marinesko. Doszło do największej w dziejach świata katastrofy morskiej. Zginęło 9,5 tysiąca osób, w tym babka Donalda Tuska (coś pechowi są ci Tuskowie szczególnie na styku relacji  Niemcy – Sowiety). Jak się okazało owa łódź podwodna została zbudowana wg projektu niemieckiego i pod nadzorem niemieckich specjalistów. Ot wdzięczność Sowietów. W ramach socjalistycznej a także internacjonalistycznej pomocy, Niemcy tak się zaangażowały w budowę nowoczesnej floty podwodnej Sowietom aby ich sojusznicy pozatapiali wszystko co pływa Finom, Polakom, Litwinom, Łotyszom, Estończykom – ale nie Niemcom. Oto słowiańska wdzięczność. A wszystko to przez tych cholernych  Polaków. Tym zafundujemy „Widoczny Znak” i zasekujemy ich metodą na wypędzonych nie czepiając się sprawców właściwych. Zamordowana przez Sowiety babka przyszłego polskiego premiera, osoba bywała w świecie, wspierając nadawanie w rodzinie imienia (Don)ald, przywołała niejako ‚legendę’ rodzinną wskazującą na starożytne pochodzenie przodków (legenda w rodzinie Tusków, a u Donalda Franciszka szczególnie zajmuje poczesne miejsce: opowiadane legendy o własnej rodzinie, praca magisterska o legendzie Wielkiego Marszałka, ciągłe opowiadanie legend narodowi). Legenda dotyczy także  kresów wschodnich, jednakże nie zaściankowej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, której wtedy jeszcze nie było, ale Europy. Babka miała na myśli rzekę Don. Stamtąd to przybyli potomkowie rodu nad Wisłę i Bałtyk rozkrzewiać kulturę. A wszystko zaczęło się jeszcze przed naszą erą wraz z kolonizacją przez Greków terenów wokół Morza Czarnego. Don zwał się wówczas Tanais, a nad tą rzeką leżało miasto o tej samej nazwie. Grecy korzystając z dorobku Celtów, którzy w owym czasie wywędrowali już w inne strony (Wyspy Brytyjskie), prowadzili wymianę handlową z Meotami, Sakami, Sarmatami, Amazonkami i Scytami. Ze skojarzenia greckiej nazwy rzeki  oraz miasta a także nazwy ludu Scytów powstało zawołanie najpotężniejszego rodu handlowego na tamtych ziemiach  – Tascowie (po tysiącach lat potomkowie tego szacownego rodu założyli w UK firmę TESCO). Zawołanie to z biegiem lat przekształciło się najpierw w Taskowie, by po jakimś czasie przybrać wreszcie formę Tuskowie.  Scytowie przez ten cały czas wchodzili w koligacje z Sarmatami i Amazonkami, a później w wyniku licznych klęsk doznanych od Polemona, także z jego ludem, dla którego stał on się bogiem. W wyniku najazdu Gotów mieszkańcy Tanais zaczęli emigrować na północny zachód. Tak dotarli na tereny dzisiejszej Polski, której nazwa powstała ze skojarzenia imienia ostatniego protoplasty i boga (Pol)emona, nazwy dominującego przez lata ludu (Sc)ytów i starosłowiańskiego zawołania (Cze)sław. W Polszcze zatem przyszło żyć Tuskom od wieków, gdzie trudnili się głównie rękodziełem. Tradycji tej dochował wierności także Donald Franciszek, który wydał własnym sumptem w pierwszym pięcioleciu XXI wieku szereg znakomitych dzieł: „Był sobie Gdańsk”, „Dawny Sopot”, „Wrzeszcz”, „Oliwa”, „Brzeźno nowy port”, „Solidarność i duma”. Wydania bestsellerów wznawiano aby osiągnąć zaplanowany z góry efekt, co się oczywiście całkowicie powiodło jak wszystkie zresztą przedsięwzięcia znakomitego ‚DFT’.

———-

 * To wyjaśnia poniekąd kwestię wilczych oczu Donalda Franciszka, którą uprzejma była podnieść Pani poseł Nelly Rokita.

** Pułkownik von Stauffenberg mordując Hitlera chciał stworzyć warunki do zawarcia pokoju na zachodzie. Po przerzuceniu sił na wschód i daniu Sowietom ‚do wiwatu’ Niemcy chciały w szczególny sposób zająć się zabezpieczeniem ziem należących do Polski, a traktowanych przez pułkownika jako rdzennie niemieckie (Pomorze szczecińskie i gdańskie, Warmia i Mazury, poznańskie, oraz dolny i górny Śląsk). Wychodzi na to, że z naszego punktu widzenia dobrze się stało, iż narodowy bohater dzisiejszych Niemiec spaprał robotę.