Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Jednoczesne poślizgnięcie się na skórce, po skonsumowanych własnych bananach zarówno „Pinokio” Donalda Franciszka jak i „Bufetowej” Hanny Beaty, to politycznie najbardziej budująca dla Polski wiadomość od długiego czasu. Współpracując z własną (P)rzetwórnią (O)dpadów, Policją, Strażą Miejską, (G)eszeftem (W)ykidajły, (K)alumnią (P)atologiczną i z wszystkim, co żywi się nienawiścią do Polski, zastawili sidła, w które sami wpadli. Zaczęło się od skrzykiwania po Europie, głównie po Niemczech, lewaków na wycieczkę do Warszawy. Następnie 11 Listopada władze tak przygotowały miejsca organizowania się antagonistycznych grup manifestujących, żeby dobrze się widząc, działały sobie na nerwy. Widocznie w Salonie wielu jak  „Jezus” Maria Karol Bronisław, to „miłośnicy” zwierząt, którzy dobrze wiedzą, jak napuszcza się na siebie koguty względnie psy, przed mającą się odbyć komercyjną walką. Jednocześnie zaimportowani lewaccy bojówkarze, rozpoczęli polowanie na uczestników Święta, manifestujących swoje proojczyźniane przekonania. Miało to wywołać chęć odwetu ze strony patriotów i umożliwić wkroczenie do akcji sił porządkowych. Z tego wszystkiego rzeczywiście wyszła draka, ale innego rodzaju. Oto dla uratowania istoty perfidnego planu uruchomiono akcję zamaskowanych indywiduów, którzy rozpoczęli potyczkę z policją na Placu Konstytucji. Ale i z tego nic nie wyszło, gdyż patrioci nie mając z owymi nic wspólnego, rozpoczęli marsz w przeciwną stronę, w stosunku do wywołanych walk. Ostatnią próbą ratowania wrażego planu było skierowanie manifestujących w okolice ambasady Ruso-Sowietów, ale i tu nie udało się doprowadzić do konfliktu. Okazało się zatem, że z misternie skonstruowanej wizji zadymy, mającej być pretekstem do przykręcenia Narodowi śruby, nic nie wyszło. Tymczasem zarówno prozdradzieckie środki masowego przekazu, jak i organy porządkowe, przygotowały już grunt pod niemalże ogłoszenie w Stolicy stanu wyjątkowego. „Jezus” Maria Karol Bronisław zrezygnował z bytności na uroczystym koncercie i wszczął naradę jak ratować plan. To samo uczynił „Pinokio”. Bufetowa, która słynie z umiejętności zaserwowania 7 setek wódy z półlitrowej butelki, teraz wpadła w panikę i zdecydowała o delegalizacji marszu, by później tę decyzję zdementować. Tymczasem policmajstrzy aresztowali ponad 200 osób, lecz okazało się, że ok. połowa z nich to owi przybysze z Europy, praktycznie Niemcy. Powstał zatem problem wielki. Znany blagier od ministrowania w sprawach „sprawiedliwości” Krzysztof na szczęście nie Eugeniusz, zapowiedział uruchomienie sądów niemal natychmiastowych i takiż powrót z urlopów sędziów. Powołał się na obowiązujące prawo europejskie dotyczące obcokrajowców, umożliwiające pociąganie w tym trybie do odpowiedzialności karnej.  W rzeczywistości okazało się, że rozpoczęto zwalnianie ich z aresztu. Po co denerwować Angelę Dorothea’ę?  Wcześniej „Pinokio” m.in. stwierdził, że straty wynikłe z zamieszek są nikłe i widać było, że z dużej chmury mały deszcz. Tymczasem faktyczne straty nie są wcale małe, gdyż dotyczą sporej liczby zrujnowanych pojazdów policyjnych, czy wręcz spalonych wozów transmisyjnych prorządowych, a więc sojuszniczych stacji telewizyjnych. Kto im to wyrówna? Może „Bufetowa”, zarabiająca na odpowiednio nalewanej wódzie i oszczędzająca w wyniku możliwości cofnięcia miejskich subsydiów „Kalumnii Patologicznej”. Jak może bowiem Ratusz pominąć fakt, niewywiązania się przez KP z zadania, polegającego na właściwym posłużeniu się światłymi obywatelami Niemiec, sprowadzonymi przecież do zwalczania „bestialskiego i obrzydliwego antysemityzmu” patriotycznych Polaków. Przecież Angela Dorothea i Donald Franciszek osiągnęli na znakomitych dla Polski warunkach importowych, tak wspaniały consens w sprowadzeniu owych do naszego kraju. Przygotowano nawet plakietki z Orłem w Koronie i kirem, które naklejono na szyby autokarów transportujących do Polski tak wydajną „pomoc”. Owo niefrasobliwe zachowanie się ‚KP’ mogło nawet zniszczyć, wypracowane jeszcze w czasach studenta Tuska status quo z cenioną przez kanclerz organizacją enerdowską STASI.  Prowadzone w języku rodzinnym, przez Donalda Franciszka rozmowy z rezydentem tej organizacji, który tak ukochał PRL, że się nawet zechciał ożenić z Polką, zostały uznane przez władze III RP za prowadzone w dobrej wierze. Wot mołodiec. Świadkowie tych spotkań, nie rozumiejąc o co chodzi, nie byli bowiem w stanie określić w czym była rzecz. Tak więc siły światłego tuskowego postępu doznały wstrząsu i teraz będą musiały przygotować jakiś inny pretekst, w celu odwrócenia społecznej uwagi od zrujnowanych finansów państwa. Zapewne jedną z dróg dobrania się obywatelom do skóry i kieszeni, będzie zabranie się za przerobienie obowiązującej w Polsce Konstytuty Alfonsa, jakby powiedział o tym akcie niekompetencji Wielki Marszałek – i to w kierunku jej jeszcze większego konstytutactwa. W celu uzyskania stosownej większości PO najpierw podzieliła się przecież na Przetwórnię Odpadów właściwą i Raka Palinki. Teraz dodatkowo rozpoczęto prace sądowniczo-parlamentarne nad takim dokopaniem Prawu i Sprawiedliwości, aby wycisnąć z tego ugrupowania potrzebną do zmian w Konstytucie liczbę głosów. W międzyczasie będzie trwała kampania przeciwko Krzyżowi i szkalowanie przyzwoitych księży. Bonieccy, Sowy, ci którzy porzucili stan kapłański, wszelkie szujactwo i łajdactwo będą wynoszeni pod niebiosa. Najciekawsze z tego wszystkiego jest jednak to, kiedy za sprawą Opatrzności i naszą, zlecą stamtąd przetrąceni Zeusowym piorunem i to wraz ze swoimi kościelno-świeckimi postulatorami oraz szefami?

Reklamy