Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Jeżeliby poszukiwać w Polsce dżungli, to na jedną z nich człowiek się natyka od razu. Jest to dżungla medialna. Roi się w niej od przyczajonych Pigmejów, którzy nigdy z niej nie wyszli, a wypowiadając się orzekają we wszelkich możliwych sprawach. I nic to, że funkcjonując na zasadach Salonu prezentują ogląd świata, jaki ma termit budujący swój kopiec. Ważne, że w swej mokrej robocie dożynania już nie tylko watahy, ale nade wszystko uczciwej myśli opartej na tysiącletnich wartościach, nie ustają i w pocie czoła produkują coraz to nowe kurioza. Oto po ogłoszeniu przez Instytut Sehna treści rozmów prowadzonych przez załogę w kokpicie Tu-154M 101 i identyfikacji osób, które te słowa wypowiedziały, okazało się, że autorem żadnego z nich nie był gen. Andrzej Błasik. Zaraz ci, którzy wcześniej głosili ‚spiskową teorię dziejów inaczej’, w której to generał wywierał bezpośrednią presję na pilotów, co doprowadziło do katastrofy – teraz stwierdzili, że ekspertyza Instytutu niczego nie zmienia. Tymczasem rzecz jasna rozumiejąc jakie skutki to za sobą niesie, przedstawiciel Ruso-Sowietów oświadczył, że osławiony w kancie MAK nie dokona zmian w wysmażonym przez siebie dziele. Za powód podał, że to Polacy zidentyfikowali głos generała i  specjalistom rosyjskim nic do tego, gdyż autorami tego odkrycia nie są. Oto jak wiarygodne są twierdzenia w tej sprawie zidiociałych dziennikarzy z Janiną Marią Paradowską-Zimowską w czołówce, żeby na okoliczność zbliżającego się stalinowskiego święta wyróżnić kobietę. Rzecz rzekomo bez znaczenia, a wywołała reakcję MAK i to zwalającą winę na naszą nację, a wszystko miało być cacy. To stałe wydalanie słów zamiast moczu, zarówno dokonującej medialnego żywota  Janiny, jak i innych dziennikarzy świadczy o poważnym zaburzeniu percepcji rzeczywistości. Skąd się ono bierze? Rzecz można wyjaśnić przez odwołanie się do odkrycia jakiego dokonał pewien antropolog, badający życie i kulturę Pigmejów BaMbuti. Reprezentant tej społeczności Kenge, żyjąc w dżungli nigdy nie widział otwartej przestrzeni. Dlatego też, jak znalazł się w takim miejscu, wzgórza w oddali wziął za chmury. Co więcej stado pasących się kilka kilometrów przed nim bawołów, wziął z kolei za owady. Próba wytłumaczenia mu, że zwierzęta te są nieporównywalnie większe  spełzły na niczym i wywołały tylko śmiech. Uważając antropologa za osobę niewiarygodną i mało inteligentną Kenge zaczął rozmawiać sam ze sobą próbując porównywać odległe bawoły do różnych znanych mu żuków i mrówek. Zawieziony w pobliże pasących się bawołów, kiedy już mógł ocenić ich rzeczywistą wielkość, wyszeptał w przerażeniu, że to czary. Kiedy przestał się bać zaczął przemyśliwać, dlaczego zwierzęta wcześniej były tak małe i czy w krótkim czasie tak właśnie urosły, czy też była w tym jakaś sztuczka.

Kłopoty niemałej liczby pożal się Boże dziennikarzy i myślicieli z wyznaczającym obowiązujące standardy Adamem Michnikiem na czele,  polegają w istocie na zakłóconej, a więc nieadekwatnej percepcji, rzeczywiście i realnie istniejącego polskiego świata. Wynika to z odrzucenia przez nich definiujących Polskę katolickich wartości i tym samym niemożności zrozumienia opartych na nich zachowań. Cechuje to znakomitą większość przyhołubionych jeszcze za Piastów reprezentantów wybranego ale i władczego narodu.  Lansując pod koniec XIX i na początku XX w. ideologię komunistyczną, wyrodzili się oni prawie zupełnie z polskiego żywiołu. Owo wyradzanie się potęgowała jeszcze skłonność ludu wybranego do pietrania się, a stąd już tylko krok do pojawienia się chęci rewanżu na reprezentantach tych, którzy ów lęk wywoływali czyli Polakach. Od roku 1944 najlepiej się do tego nadawali patrioci z AK czy z NSZ, a bycie komunistą ów chorobliwy rewanż znakomicie umożliwiało i ułatwiało. Trwa to w innej formie do dzisiaj, mimo werbalnego porzucenia jedynie słusznej ideologii z tym, że matki i ojców, stryjów i wujów zastąpiły ich córy synowie i  krewni. W (G)eszefcie (W)ykidajły i w innych podobnych miejscach wykoślawionej dziennikarskiej roboty, trwa gorączkowa krzątanina mająca na celu wielowątkowe dokopywanie Polsce i  Narodowi, który ją z pomocą Bożą i to dawno temu stworzył. Współcześnie żyjące w Polsce percepcyjne odpowiedniki Pigmejów z ludu BaMbuti, są jak Kenge, lecz odmiennie jak on, nie trudzą się wyjaśnianiem nie pasującej do odziedziczonego po przodkach fałszywego wzorca rzeczywistości. Tak więc Pigmeje ci,  niezależnie co by się nie wydarzyło,  wiedzą lepiej i najlepiej, czego ucieleśnieniem szczególnym jest działalność pisarska Jana Tomasza Stodoła Grossa*. Co gorsza, tą swoją pseudo wiedzą zatruwają umysły innych, którzy prawdopodobnie nawet nie przeczuwają, że są nabijani w butelkę. Wróćcie zatem do swojej dżungli Panie i Panowie i nią się zajmijcie, bo na niej się znacie. Chrześcijaństwo,  traktowane jako źródło antysemityzmu, jest dowodem na to, że jednak owa dżungla pełna drapieżników to  żywioł, przed którym Pigmej nie ma ucieczki..

———-

* Może Jan Tomasz Stodoła Gross dojdzie do właściwej percepcji i zajmie się np. obozem Gross-Rosen, który też jest „polski”, gdyż leży na Dolnym Śląsku. W nim też mordowano Żydów i to w okolicznościach, których nie trzeba by było zakłamywać, gdyż same w sobie były „medialne”. A może brak zainteresowania Jana Tomasza tą tematyką wynika z faktu, że obozem przez 2 lata po wojnie zawiadywało NKWD, a Polacy byli mordowani zarówno przez Niemców jak i Sowietów, podczas gdy Żydzi tylko przez Niemców. Może też Stodoła Gross uzupełnić swoich znakomitych Sąsiadów o wątki, które wyszły na jaw przy okazji przerwanej ekshumacji w Jedwabnem. Okazało się wtedy m.in., że spalone w stodole osoby, zginęły wcześniej od kul wystrzelonych z niemieckiej wojskowej broni krótkiej i długiej. Miejscowi takiej broni, jak i żadnej innej nie mieli. Kiedy Jan Tomasz uzupełni swoje dzieło o tę informację. Kiedy usunie także inne swoje skłamania z kolejnego tendencyjnego od podstaw wypracowania, dotyczącego pochowanych w okolicach Majdanka  zamordowanych w nim Żydów. Chodzi o zamieszczone w owym wypracowaniu niektóre zdjęcia, które zostały błędnie opisane, wskazując na zupełnie coś innego, niż było w istocie.