Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Pierwsza część spektaklu zwanego exposé za nami. Donald  Franciszek  wkroczył  do Sejmu w potężnej obstawie. Tylko od góry nie było ochrony. Widocznie na etatach w BOR nie ma aniołów.

Okazało się, że wśród grup ludności, które zostały objęte podwyżkami uposażeń, jako pierwsi zostali wymienieni policjanci i wojskowi. To nie dziwi. Usłyszeliśmy o wspaniałości naszego kraju widzianej z perspektywy zagranicy. Prawdopodobnie chodziło o Niemcy i Ruso-Sowiety. Okazało się ponadto, że to polska rodzina ma mieć priorytet w działaniach rządu, a dotychczasowe trudności wynikają z nieadekwatnego włączenia się w realizację tego zadania władz lokalnych.

Widać było też, że dał się we znaki premierowi pomysł Prawa i Sprawiedliwości z konstruktywnym wotum nieufności. Podanie kandydata na premiera z ramienia opozycji i czekanie z formalnym jego zgłoszeniem, spędza Donaldowi sen z oczu. Dalej było to i owo, itd. Rzecz miał herr Donald Donaldowicz zakończyć hasłem VENI, VIDI, VINCERE ale się niemal rozpłakał z patriotycznego uniesienia i opuścił mównicę.

W tym momencie Ewa Bożena przerwała obrady na dwie godziny, co świadczy, że zmysł kanciarski Pinokia się nie stępił, a wręcz przeciwnie. Psychologicznie rzecz biorąc był to zabieg bardzo na miejscu, gdyż rzeczą najbardziej dla rządu niewskazaną byłoby krytyczne komentowanie przez opozycję exposé na bieżąco, ze względu na jego banalną i rozczarowującą treść.

Prawo i Sprawiedliwość zminimalizowało korzyści płynące z tego posunięcia rządu i niezwłocznie kandydat partii na premiera prof. Piotr Gliński ustosunkował się merytorycznie do przemówienia Tuska. Zrobił to w sposób przekonywający i fachowy.

W drugiej części sejmowego spektaklu występowali przedstawiciele wszystkich stronnictw i krótko ale beznadziejnie znakomity ideolog partyjny, który pełni funkcję ministra finansów (Jacek) Jan Antony Vincent-Rostowski.

Wreszcie głos oddano samemu „capo di tutti capi”. Oświadczył on, że zabierający głos w dyskusji (nie dotyczy to Vincenta) posługiwali się kłamstwami. I to było clou dnia. Okazało się, że największy w dziejach Polski premier – ściemniacz, a więc również: kłamca, blagier, oszust, krętacz, przeinaczacz, kanciarz, szachraj, szalbierz, łgarz, naciągacz, fałszerz, cygan, matacz, kłamczuch, fantasta, mistyfikator, naciągacz, nabieracz, hipokryta, obłudnik, fałszywiec, oszukaniec, picer i pozorant – zarzucił ludziom mającym jakiś pion, że kłamią. To był szczyt hipokryzji. Nie ma już żadnej nadziei, iż człowiek ten odzyska choćby jakiś elementarny pion, gdyż jego aberracja umysłowa jest tego rodzaju, że nic z tym fantem nie da się już zrobić. Wracaj biedaku do robienia albumów o Gdańsku. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich.

Reklamy