Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Na początku instalowania w Polsce władzy Sowietów był morderczy chaos. Każdy mógł zostać pozbawiony życia. Jednak najsmakowitszym kąskiem dla udających Polaków zbrodniarzy komunistycznych byli uczestnicy podziemia niepodległościowego.  Prawo obowiązywało o tyle, o ile nie przeszkadzało oprawcom. Dla każdego myślącego po bolszewicku męta, kraj nasz stał się swoistym eldorado, w którym mógł dawać folgę swoim zwierzęcym instynktom. Każdego życie było zagrożone, dlatego aby przeżyć nie można było podpaść, szczególnie politycznie.

Po roku 1956 sytuacja zmieniła się o tyle, że partia usiłowała kontrolować przynajmniej niektóre posunięcia własnej agentury politycznej. Zasada działania, „co mi do łba strzeli” nie była już tak wszechobecna i trzeba było dysponować jakąś bardziej przemyślaną koncepcją działania. Obszar zbrodniczego zainteresowania władz skurczył się. Od części społeczeństwa warunkowo się odczepiono. Teraz już zdecydowanie pierwsze miejsce  na listach proskrypcyjnych sporządzanych przez oprawców zajmowali księża katoliccy.

Z taką właśnie własną sytuacją społeczeństwo polskie wkroczyło w lata osiemdziesiąte, w których to działacze Solidarności i właśnie duchowni płacili proporcjonalnie  najwyższą cenę. Prowadzono też sfingowane śledztwa, lecz sprawcy pozostawali na ogół nieznani. Jeżeli zaś stało się inaczej, winę ponosili albo ludzie  niewinni, jak to było w przypadku pobitego śmiertelnie Grzegorza Przemyka, ewentualnie tylko niektórzy z morderców, jak to miało miejsce w przypadku zabicia błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszki.

Tak się rzeczy toczyły latami i mechanizm zbrodni politycznej pozostawał w zasadzie ten sam tj. była śmiertelna ofiara i był najczęściej nieujęty, bo nierozpoznany sprawca. Sytuacja uległa zasadniczej zmianie  od początku lat dziewięćdziesiątych  kiedy to służba medyczna w Łodzi wykazała eksperymentalnie, prowadzące do zgonu skuteczne działanie środka zwiotczającego mięśnie – „Pavulonu”. Okazało się dowodnie, że każdego można było pozbawić życia w  sposób pewny i tani. Preparat bardzo szybko rozkładał się po śmierci i nie pozostawiał widocznych śladów.

W ten sposób służby można było wyposażyć w potężną broń i zdjąć z nich odium ewentualnej odpowiedzialności, gdyż wprawdzie istniała śmiertelna ofiara ale z definicji nie  było sprawcy. Pozostawał tylko sposób udoskonalenia aplikacji środka i dalsze prace mogły pójść w tym właśnie kierunku. Chodziło o uzyskanie wersji wziewnej.  W ten sposób doszło zapewne  do narodzenia się seryjnego samobójcy, który w dodatku fundował sobie śmierć tak straszną, żeby na koniec pamiętać, że się żyło, gdyż tak właśnie się umiera po zaaplikowaniu owego środka.  Takie na koniec „buzi” lubią dać właśnie  swoim ofiarom polityczni oprawcy.  Właśnie tego typu pocałunek śmierci dostał też, ale za pomocą innego specyfiku Aleksandr Litwinienko. Tutaj jednak przyczyna zgonu miała być propagandowo jak najbardziej znana i widoczna (Polon).

Mimo wysypu w stosunkowo krótkim czasie całej serii „samobójstw” osób, najczęściej jakoś związanych z tragedią smoleńską, władza przyjmuje rzecz całą z dobrodziejstwem inwentarza.  (P)arada (O)bwiesiów ze sztukmistrzem z Sopotu na czele, zachowują się tak, jakby sprawa była oczywista i jakby nie istniał rachunek prawdopodobieństwa. Stając przed problemem tego typu, każda tajna służba na świecie wytypowałaby potencjalnych kolejnych „samobójców”, aby otoczyć ich dyskretną opieką i w ten sposób stwierdzić, jak to jest faktycznie.

Tymczasem herr Donald Donaldowicz mimo, że nadzoruje służby specjalne mu podległe osobiście, w tej sprawie ani ‚be ani me’. Musi to rodzić podejrzenia o chęć nieujawniania prawdy ze względu na sąsiada-protoplastę lub wręcz o uczestnictwo w tym zbrodniczym procederze służb finansowanych przez polskiego podatnika. W grę jeszcze wchodzi inny specjalista  prymitywno-wschodniej proweniencji, a więc nieoceniony „Jezus” Maria Karol Bronisław wraz z tym, co mocno się zainstalowało w strukturach, a pochodzi z dawnych dobrych czasów wojskowych służb specjalnych.

Sprawy w każdym razie zaszły tak daleko, że zarówno Pinokio jak i Kaszalot nie są już w stanie wycofać się z gry. Co więcej nie mogą w żadnym razie dopuścić do utraty władzy, gdyż rozliczenie, które by wtedy nastąpiło będzie druzgocące. Tak więc trup ma wielkie szanse ścielić się gęsto, dopóki zleceniodawcy nie zostaną wyprowadzeni za kołnierz z miejsc swojego urzędowania. Im szybciej to nastąpi, tym mniej będzie niewinnych ofiar. Jednak wolność ojczystego kraju a zarazem nasza, kosztować musi i za parę złotych nie da się tego załatwić. Pierwsze rozdanie w kolejnym robrze 11 listopada. Czuje się przez skórę, że zarówno Tusk jak i Komorowski coś knują. Najważniejszy będzie jednak finał. Bóg jest z nami. Gaude Mater Polonia.

Reklamy