Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , ,

Wygląda na to, że Ksut Donald Franciszek przez daleką niemiecką powinowatą zwany Oscarem od Stasi zarządzi dintojrę. Oto 10.05.2013 r. w kolejną miesięcznicę tragedii smoleńskiej wyprawił się on samolotem odrzutowym w delegację służbową do własnego syna, przebywającego na ten czas w Sopocie, przed udaniem się w interesach, także w delegacji służbowej, tym razem nie do Chin a na Antarktydę. Jak wszyscy wiedzą miastem tym znakomicie zarządza człowiek niezwykle uczciwy, niejaki Karnowski prezydent Jacek Krzysztof. W atmosferze, którą był ów wypracował przez długie lata niezwykle owocnej prezydentury, łatwo się konferuje, szczególnie w sprawach finansowych. Tak więc syn z ojcem rozdzielali między siebie zadania finansowo-transferowe, kiedy w radiu poszedł utwór znakomitego zespołu „Chłopcy z Placu Broni” o tytule: O Ela (Oh Polen). Szczególnie poniższa zwrotka zwróciła uwagę obu panów ze szczególnym uwzględnieniem odniesień Donalda Donaldowicza do Polski. A ponieważ Donaldowicze myślą po niemiecku, ich umysły natychmiast rzecz przełożyły na ten właśnie język.

Pytałem, błagałem, Ty nic nie mówiłaś,
Nie byłaś dla mnie już taka miła,
Patrzyłaś tylko z niewinną miną,
I zrozumiałem, że coś się skończyło,
Lecz wkrótce poszedłem po rozum do głowy ,
Kupiłem na targu nóż sprężynowy,
Po tamtym zostało ledwie wspomnienie,
Czarne lakierki, co jeszcze nie wiem.

Ich fragte, bat, Du hast nichts gesagt,
Du warst nicht mehr nett zu mir,
Du hast nur so unschuldig geguckt,
Ich erkannte, dass etwas zu Ende war,
Ich kam aber bald zur Besinnung,
Ich kaufte auf dem Markt ein Springmesser,
Danach war kaum noch eine Erinnerung geblieben,
Schwarze Lackschuhe, was noch, weiss ich nicht.

W tym momencie zarówno prawdomówny do bólu oraz uczciwy Donald Donaldowicz, jak i uczciwy do bólu oraz prawdomówny Michał Donaldowicz przeżyli iluminację umysłową. Już wiedzieli jak rozwiązać własne problemy. Oto w naprawie stosunków w niezwykle ukochanej przez nich Polsce, która teraz odmówiła im wzajemności, stale im przeszkadzają indywidua wyszkolone w Prawie i Sprawiedliwości. Doszło już nawet do tego, że obaj nie mogą się gdziekolwiek ruszyć bez częstego korzystania z pisuaru, a u nas ci nie jest tego typu urządzeń dostatek. Doprowadziło to ojca do początków choroby Basedowa, syna zaś do nawyku stałego łapania się w pasie, na skutek odruchu Pawłowa wywołanego wizją samolotów wiodącej onegdaj firmy OLT Express startujących z pasa lotniska im. Lecha Wałęsy w Gdańsku-Rębiechowie. Niestety umówiony trzeci uczestnik spotkania, a więc kooperujący od dawna z rodziną Ksutów abp senior Tadeusz Gocłowski, mający poważny dorobek w firmie „Stella Maris” nie przybył. Jako były właściciel otrzymanego w spadku byłego lotniska Gocław w Warszawie, mógłby ci on coś niecoś w sprawie pasa młodemu Ksutowi poradzić. No cóż stało się inaczej.

Jednak mimo nieobecności znakomitego arcybiskupa seniora a dzięki piosence Bogdana Łyszkiewicza narada Donaldowiczów była niezwykle owocna. Oto ojciec oddał synowi łatwy do umieszczenia w rękawie kozik do zbierania grzybów, syn zaś podjął się skoczyć na pchli targ w Gdańsku-Oliwie, aby nabyć dla ojca nóż sprężynowy – ważne by sprawny czyli z dobrze naoliwionym mechanizmem spustowym. Nomen omen po chwili w radiu pojawił się utwór z musicalu „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ Króla Kasiarzy” pt. Dintojra. Inteligentni z nadwyżką Donaldowiczowie w lot pojęli humor sytuacji. Ojciec otworzył drugą butelkę wina i powiedział. Ty synku zrobisz porządek na wybrzeżu ja w reszcie Polski. Musimy ją ratować przed tymi kanaliami z PiS, przecież ten kraj tak wiele nam dał. Nie możemy jednak o tym głośno mówić.  W sprawie naszych narastających lokat w Credit Suisse pogadamy innym razem. Bank nie zając nie ucieknie – dodał główny Ksut i pociągnął zdrowego łyka z musztardówy, która pozostała jeszcze z żelaznego zapasu.

Reklamy