Tagi

, , , , , , , ,

Michnik red. Adam* znów przemyca wydalane słowa w swoim organie (G)łos (W)rednych. Że też ludzie potrafią z siebie zrobić takich intelektualnych błaznów. Niestety ten upadły człowiek zabrał się za sprawę, która stała się dowodem na to kim byli ludzie, zgromadzeni wokół Wolski-Jaruzelskiego gen. Wojciecha Witolda i on sam. Chodzi o zamordowanie warszawskiego maturzysty Grzegorza Przemyka. Papier można zapisywać różnymi wytworami zarówno kapitalnej myśli ludzkiej jak i jej wersji z drugiego końca „kija” – podłej bezmyśli. W tym właśnie specjalizuje się Czerwony Adam.

Bezmyślne nazwanie niegdyś generałów Wojciecha Witolda i Czesława (Kiszczak) ludźmi honoru odbija się teraz Adamowi bolesną czkawką. Rzecz jasna ów nie odwoła słów, które miały stanowić parasol ochronny, nad okrągłostołową czerwoną sztuką permanentnego impasu. Teraz jednak słowa te przysparzają ich autorowi jedynie kłopotów, gdy „szydło dawno już wyszło z worka”. Jednak Czerwony Adam nie przyzna, że głosząc taką brednię był koniunkturalistą i nawet więcej. Rzecz będzie kontynuował na zasadzie – fakty opisują inną rzeczywistość, a więc tym gorzej dla tych faktów.

Tymczasem to potrójne morderstwo (babka i matka wkrótce po śmierci wnuka i syna w wielkim żalu odeszły z tego świta) jedno bezpośrednie, pozostałe dwa zaś pośrednie krzyczy o pomstę do nieba. Wytworzenie zaś zmataczonej wersji oficjalnej tego morderstwa, było nawet jak na władze bezpieczeństwa PRL wyjątkowo perfidne.

Oto kolega babki Grzegorza, która była nauczycielem akademickim, pracujący na tej samej uczelni (AWF) członek PZPR współpracował z zespołem powołanym przez gen. Kiszczaka. Ów pożal się Boże naukowiec podjął się udowodnienia za pomocą dywagacji biomechanicznych, że pobicie Grzegorza nie mogło nastąpić na komendzie milicji. Wskazał też miejsce gdzie to „miało” nastąpić, a mianowicie karetkę pogotowia ratunkowego. Człowiek ten tym samym przypieczętował los kolejnych zbrodniczo pokrzywdzonych przez władze polityczne i sądową niewinnych ludzi – lekarz i sanitariusza.

Najemny naukowiec, którego nazwijmy sobie ‚Suledif’, był nota bene typem człowieka wyjątkowo odrażającego i sprzedajnego. Spotkała go za to kara. Po tym co zrobił, w sprawie zamordowania Grzegorza, opuściła go żona i dziecko. Piszący te słowa miał okazję stykać się z owym Burdenką mniejszym w wydaniu PRL. Miał ci on zwyczaj wypowiadać się niepochlebnie o Stwórcy i nie tylko, szczególnie w towarzystwie towarzysza ‚Lhow’. Obaj w tych sprawach rozumieli się znakomicie i jeden drugiego usiłował w tej materii prześcignąć. W uzupełnieniu można dodać, że jeden i drugi reprezentowali nację naszych starszych braci, którzy wnieśli do wiary starotestamentowe dzieje.

PS. Zarówno babka Grzegorza jak i mama bardzo lubiły grę w brydża. Ponieważ wnuk i syn był dzieckiem ciekawym wszystkiego, często zadawał pytania. Ich liczba była prawie nieskończona. Sprawiało to, że robry się nieco wydłużały. W zaświatach zapewne często grają teraz z ‚dziadkiem’. Może piszącego te słowa weźmiecie Panie na czwartego, jak to dawniej bywało, kiedy wieczory spędzaliśmy na grze w towarzystwie jeszcze innych osób.

———-

* red. Adam można też odczytać  jako „Czerwony Adam”. Są ludzie na świecie, którym czerwony kojarzy się nieuchronnie z przelaną krwią.

Reklamy