Tagi

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Oto funkcjonuje w Polsce wojskowy tej rangi, w sprawie którego pytanie to jest retoryczne. Człowiek ten był, jest i jakiś czas jeszcze będzie. Towarzysz „Wolski”-Jaruzelski Wojciech Witold, bo o nim mowa, stając się niespodziewanie człowiekiem honoru, wg miary jakże „szlachetnego” i „moralnego” człowieka w postaci Michnika Adama, wiedzie swój żywot w Warszawie, głównie przy ulicy Ikara. Tu syn Dedala dysponując skrzydłami wyrobu własnego ojca – mimo że pogardził znakomitymi dzwiami od stodoły zaproponowanymi przez znawcę przedmiotu Komoruskiego – jednak doleciał. Za rządów genialnego herr Donalda Donaldowicza wkład Dedala w rozwój polskiego lotnictwa został kapitalnie doceniony. Chodziło o odkrycie zjawiska, tracenia przez skrzydło siły nośnej. Gdyby nie skojrzenie Ikara z Nike, boginią generała, która doprowadziła go do skukcesu w mordowaniu m.in. solidarnościowych aspiracji narodu Polskiego, to przewidzenie tego, co stanie się ze skrzydłem lądującego w krzakach smoleńskich wielkiego srebrnego ptaka byłoby niemożliwe.

Dzięki honorowi generała doszło niewątpliwie do kilkakrotnego wielkiego zwycięstwa sił niebywałego wręcz postępu, nad grążącą całemu narodowi jego własną „ciemnotą”. Pierwszy raz miało to miejsce począwszy już od roku 1944, kiedy to 3W (Wolski-Wojciech-Witold) w nieuświadomionej współpracy z „Sejmon”-Baumanem Zygmuntem, zdemaskował wielu terrorystów usiłujących się sanacyjnie, a więc najbardziej perfidnie w dziejach Rzplitej, zamachnąć na prawie wówczas 1000-letni dorobek narodu.  Rzecz kontynuował generał w kolejnych latach, nie skąpiąc w 1968 r. internacjonalistycznej pomocy Czechom i Słowakom, których to niezwykle intensywnie lecz tajnie ratował, przed uwielbieniem Sowietów dla ich pepegów produkcji firmy Bata. Odebrał ci on nawet jednemu czerwonoarmiście, owo obuwie pożyczone od 10-letniej praskiej dziewczynki.

A w ogóle w życiu generała jest tyle zacnych epizodów, że szkoda gadać. Póbował ci on nawet ratować przed chorobą alkoholową swojego przyjaciela, sąsiada i kompana od wódy z pochodzenia Czecha muzyka Bohdana, oświadczając mu po swoim  partyjnym awansie, i będąc w trakcie wyprowadzania się z zajmowanego dotychczas lokalu – od dzisiaj koniec sztamy i razem pitej wódy.

Tymczasem jak się okazało taki niemiecki generał Ernest von Falkenberg (Milski) w obrazie Tadeusza Chmielewskiego „Gdzie jest generał…” nie był w stanie odmówić jedynie szeregowemu WP Wacławowi Orzeszko (Turek), nadmiernej konsumpcji co prawda wina ale jednak. W tym dopiero kontekście widać ową przysłowiową żelazną wolę towarzyską żołnierza Jaruzelskiego, występującego w mundurze generała polskiego.

Owa żelazna wola doprowadziła zatem Wolskiego, do uchronienia się przed wymieceniem żelazną miotłą na margines historii, i w konsekwencji do uroczystości 90-lecia własnej twórczej działalności, obchodzonej wraz z wiernym ludem w bardzo przystępnym dla każdego człowieka pracy w Polsce hotelu Wyatt. Wcześniej owa wola dała o sobie znać, w formie nie zakłócania ekshumacją zasłużonego spoczynku własnego ojca w ziemi rosyjsko-sowieto-rosyjskiej, tym bardziej, że ziemia polska może się zawsze okazać tymczasowa. Ta delekowzroczność generała poddana została ciężkiej próbie, kiedy to ze wszystkich sił hamował ci pragnienie zamieszkania w pełnej rozmachu Moskwie i zgodził się na banicję w kretowisku Warszawy. Wot maładiec. Teraz będzie miał swój film biograficzny, zapewne w stylu tego opowiadającego o Bolku. Cóż Wajda i Holland to ta sama szkoła wiecznego regresu.

Reklamy